Hiszpańskie intermezzo

Już tradycyjnie, na przełomie lutego i marca, wybraliśmy się na poszukiwania wiosny w głąb Europy. Oczywiście obraliśmy kierunek południowy, bo globalne ocieplenie jakoś opornie nadchodzi nad północne rejony naszego kontynentu, tak więc pomysł spędzenia tego okresu w np. Norwegii, na cyplu Nordkaap, musi jeszcze poczekać. Zebraliśmy zatem kilkuosobową ekipę, i wylecieliśmy do hiszpańskiej Walencji, by w rejonie oddalonym od niej o kilkadziesią kilometrów na południe zażyć nieco egzotyki. Zamieszkaliśmy w apartamencie nad samym morzem, z widokiem na wschodzące słońce, które tutaj, o tej porze roku, jest łaskawe dla śpiochów, i wschodzi dopiero tuż przed ósmą. Do naszej głównej atrakcji, czyli górskich przełęczy, dzieliło nas mniej więcej pół godziny jazdy. Za to jakiej! Kilometrami przedzieraliśmy się przez pomarańczowe i mandrynkowe gaje (wegetacja trwa tam przez cały rok), podziwialiśmy ogromne palmy, jakieś bambusowe krzaki, drzewka oliwkowe, limonkowe, cytrynowe. Musimy się też przyznać do pewnych czynów niecnych, mianowicie kradliśmy owoce. Kiedyś kradło się jabłka u księdza w sadzie, a teraz pomarańcze u Hiszpana. Ot, takie tam korzyści płynące z przystapienia do Unii. Jeżdżąc po przepięknych, wijących się pośród skał asfaltowych (i nie tylko!) drogach, z kieszeniami wypchanymi cytrusami, zachwycaliśmy się rozległymi widokami, co i raz ukazującymi się na szczytach gór warowniami, mniejszymi i większymi zameczkami, wieżami średniowiecznych kościołów i opactw. Zaglądaliśmy do pomniejszych miejscowości, by w spokoju i leniwej ciszy maleńkich kafejek dzielić się między sobą wrażeniami z przebytej drogi. Gadaliśmy o tym wszystkim, co widzieliśmy, o czystym, ciepłym powietrzu, o bardzo nieładnych przedstawicielkach miejscowej płci przeciwnej reprezentujących urodę i subtelności średniowiecznej cegły. Nie wiem, czym Hiszpania zawiniła Panu Bogu, że pokarał ją takimi niewiastami. Niemcom się należało, to jasne, ale tej cudownej, przyjaznej iberyjskiej ziemi, nie powinno to się przydarzyć! Szkoda, że wyjazdy nie trwają nigdy tyle czasu, ile by się chciało. Ledwie zasmakowaliśmy tego klimatu, a już trzeba było wracać. Ale wracaliśmy pełni pozytywnych wrażeń. Najważniejsze, że cel został osiągnięty - wypoczęliśmy, nabraliśmy nowych sił, na opalonych gębach zawitał - oby na jak najdłużej - szeroki uśmiech. Już teraz zaczynamy myśleć o wyprawie za rok. I już teraz, wszystkich odwiedzających tę stronę, pytamy: A może wybralibyście się z nami? Podobna eskapada to, naszym zdaniem, idealny przerywnik podczas trwającej u nas w nieskończoność zimy. A Dios, amigos!