Kiedy rozsądek mówi tak, kiedy rozsądek mówi nie!

Macie jakieś pomysły na zimę? Oczywiście rowerowe, bo znalazło by się kilka pokus na zmarnowanie dorobku całego sezonu, smakujące lepiej niż krople potu wylane na treningach. Jak uniknąć wiosennego "samoprzeniesienia" się opony z felgi wprost na brzuch? Jak zjeść świąteczne ciasteczko, i je zachować, zachowując też masę? Co robić w długie zimowe wieczory, kiedy najbardziej adekwatna do sytuacji wydaje się wiśnióweczka, względnie grzaniec galicyjski, a w planach na przyszły sezon mamy dalsze jazdy, niż do pracy? Kopać się w śniegu? Brawo! Trzeszczeć na trenażerze nad głowami sąsiadów, czy w garażu? Zacnie! Pływać, biegać na nartach, ślizgać na łyżwach? Nieźle! Pakować na siłowni mięcho w udach, uginając się pod sztangą? Uuu, nie doceniałem inwencji! Polska leży w klimacie umiarkowanym, co oznacza, że zimą bywa u nas umiarkowanie przyjemnie. Ale za minister (ministrą, ministrzycą, czy jakoś tam) Bieńkowską należy powtórzyć oczywistą prawdę: "sorry, ale taki mamy klimat!". Bogatsi o tę wiedzę, i pogodzeni z zamarzającymi w pociągach PKP oknami i klozetami, nie możemy dopuścić, by nas spotkał podobny los. Jak mantrę powtarzamy, by zimą za wszelką cenę zachować aktywność fizyczną. Doradzaliśmy ostatnio jak się ubierać na rower, kiedy temperatura znacznie spada, teraz doradzamy, by w całej tej zabawie zachować po prostu zdrowy rozsądek, i... tyle! O odżywianiu i ogólnej higienie życia, które są niezbędne do zachowania zdrowia i odpowiedniej kondycji, można poczytać sobie na tysiącach stron poświęconych tej dziedzinie. Autor tegoż artykułu nie jest w tym specjalistą, i nie jeden rondel sam wyskoczył przez okno na jego widok, bojąc się spalenia. Natomiast w kwestiach mentalnych zawiłości kolarskiej duszy, jak najbardziej - lata doświadczeń uprawniają go, by zabrać głos. Słuchajmy zatem, co ma nam do powiedzenia... nie, nie autor, tylko nasz organizm. Wewnętrzny leń zawsze znajdzie wystarczająco dużo powodów, by nas zwieść na manowce i zostawić w domu. A to za zimno, a to pada, a to nie pada, ale wieje, a to nie wieje, nie pada, ale ciemno, a to znów jasno, ale bidon wcięło, a na trenażer wlazł pająk, i w ogóle bluetooth nie działa, na siłce grypa, w basenie bakterie coli, no tragedia! Pewnie, że są warunki, w których nawet ważny trening nie ma sensu. Przy minus dwudziestu też damy radę, tylko pytanie: po co?! Stawiamy sobie cele, które mają nas motywować i spowodować poczucie satysfakcji. I tu ważna rzecz: rozsądek nie ma nic wspólnego z osiąganiem celu za wszelką cenę, co nie znaczy, że staje nam na drodze do jego osiągnięcia. Wręcz przeciwnie, może uchronić nas przed niepotrzebną kontuzją, czy chorobą, które wspólnie położą na łopatki całe nasze przyszłoroczne plany. Elastycznie dawkować zajęcia, myśleć nad zamiennikami treningu, w razie czego potańczyć z koleżanką, tylko się nie rozpędzić i nie wrócić o czwartej rano. Nie dopuścić, byśmy stali się zakładnikami swojej sportowej pasji, ale i pilnować wewnętrznego lenia, by odpowiednio wcześnie rozpoznać pod jaką maską się ostatnio ukrywa. Nie ma uniwersalnej recepty na zmagania się ze swoimi słabościami. Każdy ma swojego diabła, i swojego anioła. Trzeba nauczyć się ich słuchać. Ten sam diabeł raz nam podpowie, by jechać rowerem w śnieżną zawieruchę, a w ładny dzień włączy nam tryb lenia, przyniesie piwo z lodówki, i każe leżeć na kanapie. Piwo? To chyba anioł, ktoś powie. Mniejsza z tym, na pewno nie żona, i nie w niedzielę o dziesiątej rano. W każdym razie, nawet jeśli organizm optuje za piwem, w tej sytuacji posłuchajmy jednak rozsądku. Rozsądek też lubi piwo, ale jest bardziej ogarnięty, i rano nie pije. Podsumowując: nie bierzmy przykładu z tatrzańskich niedźwiedzi, które śpią do wiosny. One wprawdzie chudną, ale przecież nie od piwa i frytek. Postawmy sobie jakiś cel, np. przejadę osiem tysięcy kilometrów, czy schudnę (przytyję?) cztery kilogramy, itp. Dążmy do niego konsekwentnie. Ale, jak w tytule: z rozsądkiem!