METR PIĘĆDZIESIĄT

Od kilku lat - a ostatnio za sprawą Stowarzyszenia Zdrowy Rower coraz częściej - pojawia się temat rozgrzewający czasem do białości tak cyklistów jak i kierowców: wyprzedzanie roweru na drodze. Akcja pod tytułem "1,50 metra dla rowerzysty" ma na celu uświadomienie wszystkim użytkownikom polskich dróg, że przejazd samochodu próbującego lusterkiem strącić muchę z kolarskiego łokcia stanowi ogromne zagrożenie. Z pewnością każdy z odwiedzających czasem tę stronę, nie raz i nie dwa, jadąc rowerem został pociągnięty w stronę za szybko i zbyt blisko przejeżdżającego samochodu. Inicjatywa przeprowadzenia kampanii społecznej wydaje się więc być strzałem w dziesiątkę. Niestety, moim zdaniem, zanim ta inicjatywa dotrze do naszych kierowców,  w Wiśle z pewnością upłynie wiele wody. Tymczasem o zachowaniach ich kolegów choćby z Włoch, Holandii, czy Danii możemy sobie na razie raczej tylko pomarzyć. Tam od dawna rowerzysta może czuć się bezpiecznie i komfortowo. Skutecznego rozwiązania powyższego problemu w naszych warunkach spodziewałbym się więc raczej ze strony nowinek technicznych, a nie rozwiązań prawnych. Bo co nam daje obecnie obowiązujący w Polsce przepis o wyprzedzaniu roweru w odległości 1 metra? Przecież ta odległość w zupełności by wystarczyła, gdyby jej po prostu bezwzględnie przestrzegano! Warto przyjrzeć się zatem alternatywnym rozwiązaniom, już testowanym za granicą, konkretnie w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Amerykanie postawili na ultradźwiękowy skaner odległości o nazwie C3FT montowany na kokpicie dwuśladu, z opcją współpracy z kamerą Go-Pro. Ciekawy pomysł. Jednakże informacja o  niebezpiecznym zdarzeniu dociera w tym przypadku jedynie do rowerzysty. Żeby kierowca samochodu został ukarany, musimy niestety pofatygować się do najbliższego komisariatu. Nie wiem jak w Stanach, ale w polskich warunkach podobne urządzenie może się okazać bronią obosieczną. Zdarzył się przecież nie tak dawno temu niezrozumiały, czy wręcz kuriozalny przypadek, gdy polski sąd ukarał rowerzystę dokumentującego kamerką szaleńczą jazdę kierowcy samochodu osobowego. Policja po analizie filmu złożyła wniosek przeciwko... autorowi filmu! Dopatrzono się, że w chwili nagrania jechał zbyt daleko od krawędzi jezdni, czyl dalejj niż przepisowe 75 cm! Żyleciarze, nie ma co! :-) Czy w takim razie może brytyjski eksperyment z zaprzęgnięciem elektroniki w służbę  ochrony cyklistów moę okazać się bardziej praktyczny? Cycle Alert - bo tak brzmi nazwa tego konkretnego gadżetu - również mierzy odległość pomiędzy pojazdami, tyle, że to kierowca samochodu (głównie chodzi o autobusy i ciężarówki) zostanie ostrzeżony o zagrożeniu kolizją. Rowerzysta jest wyposażony jedynie w specjalny chip nadawczy mocowany np. do kasku, plecaka, siodełka, itp. Obecnie ta metoda poprawy bezpieczeństwa w ruchu rowerowym z powodzeniem testowana jest w Londynie, gdzie rozdano rowerzystom już kilka tysięcy elektronicznych chipów, a coraz więcej pojazdów samochodowych (szczególnie municypalnych) jest wyposażana w system ich wykrywania. Moim zdaniem właśnie to rozwiązanie warte jest zaimplementowania w polskich warunkach. 1.50 metra - oczywiście tak! Ale znając mentalność kierowców i tendencję spadkową w kulturze jazdy na naszych drogach nie liczę specjalnie na cud przebudzenia i dostosowanie się do najsłuszniejszych nawet postulatów. Z drugiej strony: czy taki umowny pan Dresik w swojej podrasowanej "beemce" usłyszy brzęczyk urządzenia ostrzegającego, gdy w tle rozlega się rozkręcony na full zespół "Bayer Full", czy inny "Akcent"? Wątpię! Zatem wspierajmy wszyscy naszą rodzimą akcję promującą bezpieczne zachowania na drodze, pozostając w nadzieii, że polscy disco-polowcy dołączą do tej kampanii, i napiszą jakiś przebój, gdzie "te oczy, te oczy zielone" będą skupione również na innych uczestnikach ruchu,  jakimi jesteśmy my - rowerzyści! Panie Zenku: do dzieła!