Polska na rowery!

W Finlandii chcą dopłacać do zakupu roweru (na razie elektrycznego). W Szwecji i Norwegii już dopłacają. W Wiedniu 10 lat temu obowiązywał podobny program - za oddany stary rower urzędnicy dopłacali do nowego 70 euro. A w Polsce? Odpowiedzią mogą być np. działania samorządowców. Polegają one zasadniczo na tworzeniu sieci wypożyczalni. O rowerowej infrastrukturze nie wspominamy, bo to obowiązek na całym świecie. Warszawa ma na tę chwilę ponad 4500 rowerów w takim systemie, a z wypożyczeń wraca ok. 30 procent kwot wydatkowanych na ten cel. Może byłoby lepiej, gdyby pierwsze 20 minut wypożyczenia nie było za darmo. Z drugiej strony przyczynia się to do odkrywania w niejednej duszy żyłki sprintera, bo kiedy kończy się czas trzeba rowerem solidnie przyspieszyć, żeby zdążyć do najbliższej stacji dokującej. W sumie fajny widok, kiedy studentka z jęzorem na brodzie dusi szpilą w pedały i potrąca stateczne babcie na chodniku. Rzecz ma się podobnie w innych polskich miastach. Zbliżony system obowiązuje w Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi, Szczecinie, Lublinie. Może to krok w dobrym kierunku, ale od strony ekonomii temat może być wątpliwy. Np. w Poznaniu kwota wydatkowana na funkcjonowanie projektu podzielona przez liczbę rowerów (w 2016 było ich 700) wyniosła 7400 złotych. Dużo. We Wrocławiu na jeden rower kwota ta wyniosła 2500 złotych, a w Łodzi 5500. Jednak najlepszy jest Lublin. Tu w przeliczeniu na jeden rower wychodzi, że miasto zapłaciło za niego ponad 12 000 złotych! Ludzie, za takie pieniądze w naszym sklepie moglibyśmy odszykować taki pojazd, że niejeden z naszych klientów załapałby się do czołówki Tour de Pologne! Trudno się z tym pogodzić, bo to w końcu przecież nasze wspólne pieniądze. Może w takim razie trzeba poszukać dodatkowych, lub całkiem innych rozwiązań. Istnieją dane, że na dojazdach rowerem do pracy gospodarka zyskuje srednio 21 dolarów. Ludzie korzystający z tej formy docierania do pracy ogólnie są zdrowsi, rzadziej korzystają ze zwolnień lekarskich, pracują wydajniej, więcej jest w nich optymizmu i chęci do życia. I nawet w Polsce istnieją już firmy, które rozumieją istotę zagadnienia. Infrastruktura to jedno, ale zmiana przyzwyczajeń to drugie. Człowiek woli być nagradzany za swoją aktywność, a motyw finansowy to najlepsza marchewka świata. Wobec tego pracodawcy są skłonni dopłacać do tego typu zachowań pracownika. Na naszym krajowym podwórku świetnym przykładem może być pewna sopocka firma, która dopłaca swoim pracownikom za rowerowe dojazdy już od kilku lat, i jest to złotówka za kilometr! Tak na marginesie, czy nie rodzi się u niektórych z nich pokusa, by dojeżdżać do Sopotu przez Berlin? Kolejny przykład, też z Pomorza, to Urząd Marszałkowski w Gdańsku. Tu od czerwca tego roku ruszył program pilotażowy, przewidujący dopłaty dla urzędników decydujących się dojeżdżać do pracy rowerem, w wysokości 70 zł miesięcznie. Warunkiem jest zadeklarowanie 15 takich przyjazdów miesięcznie. Oczywiście, jak we wszystkim, odstajemy pod tym względem od regulacji zachodnich krajów. Jeden nasz Sopot tego nie zmieni. I tak szwedzka IKEA rozdaje np. swoim pracownikom rowery za darmo. Takie najprawdziwsze, nie drewniane jak to u nich w sklepach, i nie z szafką na buty i kloszem na bagażniku. Francuzi zaś jednym z ministerialnych rozporządzeń wprowadzili w tym roku plan velo, dotyczący na razie 20 firm państwowych. Pracownicy „zrowerowani” otrzymują od państwa 25 eurocentów za kilometr dojazdu do swojego zakładu. Holendrzy płacą swoim obywatelom 15 eurocentów, Belgowie 20 eurocentów, Anglicy 20 pensów za milę. Nic, tylko jeżdzić, cieszyć się zdrowiem i liczyć euro na kolejne wakacje. Ale okazuje się, że jednak nie! Mimo takich udogodnień nasi zachodni sąsiedzi bardzo powoli przyzwyczajają swoje cztery litery do siodełek, i ich wskażniki dojazdów pracowniczych do firm ledwo osiągają kilka procent w poszczególnych krajach. U Anglików to już w ogóle żenada: 0,24 procenta! Czyli z tą Polską jednak nie jest jeszcze tak źle, bo nie dość, że w większości bez żadnych profitów, mieścimy się spokojnie w średniej europejskiej. Robione u nas parę lat temu badania wykazały jeszcze, że 70 proc. Polaków jeździ rowerem, a aż 23 proc. robi to przez cały rok! Większość jednak na wsi, co wzmaga we mnie podejrzenie, że statystyka może dotyczyć wielu panów dojeżdżających czasem do sklepu rowerem na przemian z kombajnem w celach spożywczych. Obym się mylił. Tymczasem w Polsce sprzedaje się ponad milion rowerów rocznie i liczba ta od kilku lat stale rośnie. Miejmy nadzieję, że wszystkie te liczby przełożą się w przyszlości na kolejne statystyki i doczekamy się wreszcie zdrowiejącego społeczeństwa, a nie kolejnych pokoleń beneficjentów ZUS-u. Jak widać bowiem, mniejsze znaczenie ma system wspierania społeczeństwa od tego, w jaki sposób my sami podchodzimy do pewnych rzeczy. Nie oglądajmy się w takim razie na „urzędasów” - Polska na rowery!