Kilka uwag na temat oświetlenia rowerowego

Chyba każdemu przydarzyło się choć raz poruszać rowerem po zmroku, nie mając oświetlenia. Niezbyt miłe wrażenie. Na drodze jesteśmy niewidoczni dla innych użytkowników, w terenie zaś narażamy się na bliskie kontakty z pniami drzew, zdradliwymi dołkami, kolcami jeża, czy innymi nie w porę dostrzeżonymi przeszkodami. Aby uniknąć tego rodzaju stresów warto poświęcić chwilę czasu, by przeanalizować sytuacje w których możemy się znaleźć, kiedy zza lasu wyłoni się bezkresna ciemność. Ustalmy przede wszystkim, czy przez noc będziemy przebijać się najczęściej w mieście, czy raczej zamierzamy pomknąć od czasu do czasu po górskich ścieżkach. To jednak aspekt praktyczny. A jak rzecz się ma w przepisach? Sprawa jest prosta: w górach można walić na oślep po drzewach. Inaczej na drogach publicznych. Tutaj trzeba zastosować się do pewnych regulacji. W Polsce w ciągu dnia nie musimy stosować żadnego oświetlenia. Po zmroku już taki obowiązek istnieje. Z przodu światło barwy białej, bądź żółtej, może być pulsujące, oraz odblask w tych samych barwach. Natężenie jasności lampek nie jest określone, ale mają być one widoczne z odległości 150 m. Zalecana wysokość montażu to 90 cm. Teoretycznie więc mocowanie latarek do kasku, czy np. plecaka jest niezgodne z przepisami. W praktyce jest to chyba raczej martwy przepis. Oświetlenie tylne koloru czerwonego tak samo może sobie mrugać, wyświetlać przeróżne zawijasy itd. Z tyłu również należy posiadać czerwony odblask. Zatem wszystkie chińskie mrugadła, piszczące, wyjące, są w Polsce dopuszczone do stosowania. Za granicą nie wszędzie tak jest, trzeba zatem uważać. U Niemców za migające oświetlenie można zostać ukaranym mandatem, a przednia lampa nie może świecić jaśniej niż z mocą około 200 lumenów. Na szczęście u nas nie ma podobnych zakazów, bo kto jeździł w nocy rowerem wie, że 200 lumenów wprawdzie wystarczy do przemieszczania się po drogach publicznych, ale już w teren nie za bardzo. Poza tym lampy o mocy przekraczającej 1000 lumenów nie należą już do rzadkości. Używając takiego oświetlenia naprawdę można poczuć się komfortowo. Współczesna technologia LED oferuje nam przy doskonałych parametrach również energooszczędność i miniaturyzację. Daje to także szerokie możliwości w zakresie zasilania. Od tradycyjnego i niemal już niespotykanego dynama, poprzez wydajną prądnicę ukrytą w piaście, po małe "paluszki" i okrągłe bateryjki CR, oraz złącze USB. Biorąc pod uwagę fakt, że i ceny nowych urządzeń oświetleniowych nie są już tak wysokie jak kiedyś, a wybór zwiększył się znacznie, warto zastanowić się nad ich zakupem, lub wymianą starych i niewydajnych lampek na coś, co pozwoli nam nawet na zbieranie grzybów w środku nocy. Na zdjęciach poniżej widać prądnicę zamontowaną w piaście przedniego koła, oraz dostępne u nas modele oświetlenia ledowego na USB i baterie CR2032.

Karpacz - prezentacja nowej oferty firmy Trek

W dniach 4 - 5 sierpnia do Karpacza firma Trek ponownie zaprosiła swoich przedstawicieli handlowych, aby bardziej szczegółowo zapoznać ich z pełną gamą produktów dostępnych od przyszłego sezonu w sieci sprzedaży. Impreza miała miejsce w gościnnych progach hotelu Gołębiewski. Stroje kolarskie Santini, buty, kaski, koła, przeróżne gadżety Bontragera. Zaprezentowano też wszystkie modele rowerów, które oczywiście można było wypróbować. Ponieważ spotkanie miało również charakter integracyjny, pierwszy dzień upłynął na miłych pogawędkach o branży, planach na przyszłość, oraz chowaniu się przed dymem z grilla. Drugiego dnia przystąpiono do testów. Po śniadaniu wszyscy wysłuchali wykładów na temat, czym różnią się obecne konstrukcje rowerów od poprzednich, na co zwrócono uwagę przy ich projektowaniu, jak wykorzystać ich atuty, jak funkcjonują pojawiające się coraz częściej w towerach napędy elektryczne, oraz jakie są zalety elektronicznego systemu zmiany przełożeń. Pokrzepieni tą wiedzą wszyscy uczestniczy wybrali swoje modele testowe i wyruszyli na karkonoskie szlaki. Nasi przedstawiciele, Piotr i Andrzej, wybrali Emondy SL z elektroniczną obsługą przerzutek. Tak wyposażeni wybrali się nie byle gdzie, bo na objazd rundy Górskich Mistrzostw Polski w kolarstwie szosowym, wiodącej przez Przesiekę, Podgórzyn, podjazdy Sosnówki i bliskie wszystkim puławskim kolarzom, Borowice. Testerzy zgodnie donoszą, że kontrola przerzutek za pomocą elektroniki sprawdza się rewelacyjnie. Pogoda trochę nie dopisała, ale przebieg całego wydarzenia należy uznać za bardzo udany. Trochę wiedzy, trochę nowych znajomości, oraz zawsze potrzebnego relaksu, przyjemności z aktywnego i pożytecznego spędzania czasu. Poniżej fotorelacja z tej fantastycznej imprezy.

Testy Meridy 2020

Dopiero środek lata, a Merida już nas "straszy" swoją przyszłoroczną kolekcją rowerów. Ponieważ jeszcze nie wszyscy zdołali przetrawić aktualną ofertę nie za bardzo jest chyba sens nadgryzać temat kolejnych nowości. Tym bardziej, że zaszczytu zapoznania się z premierowymi modelami na 2020 rok dostąpili jedynie wybrańcy - z Polski ok. 30 osób - w tym przedstawiciel i szef Atol-Bike, a katalog nie został jeszcze nawet zaprezentowany. W pierwszych dniach lipca producent Meridy zaprosił na spotkanie do Ruhpolding - niemieckiej stolicy sportów zimowych, ze słynnym biathlonowym stadionem - swoich najlepszych dealerów z całej Europy. Ta niewielka miejscowość przyciąga jednak turystów także i latem, bowiem jej malownicze położenie pośród pięknych, jednocześnie łatwo dostępnych gór, zachęca do uprawiania pieszych wędrówek, ale też - co nas szczególnie interesuje - kolarstwa pod jego wszelkimi postaciami. Wybór więc tego miejsca na arenę prezentacji i testów nowych rowerów wydaje się być strzałem w dziesiątkę. Przez trzy dni można było hasać po okolicznych szlakach, bezdrożach i szosach na wybranych przez siebie rowerach. Oczywiście jak zwykle było w czym wybierać. Pokrótce, nie naruszając też zbytnio tajemnic firmy, warto zauważyć, że Merida lekko chyba zagięła się na gravele i segment rowerów elektrycznych. Widoczna w gdzieś w tle pod artykułem "zjazdówka" z daleka w ogóle nie kojarzy się z elektrykiem. Sposób profilowania ramy z uwzględnieniem miejsca na baterię to inżynierskie mistrzostwo świata. Naszym faworytem pozostaje jednak seria nowych graveli. Piotr, nasz przedstawiciel, był zafascynowany Silexem do tego stopnia, że chodził z nim nawet do sklepu. Zerknijcie zresztą poniżej, bo zdjęcia najlepiej obrazują okoliczności, w jakich wszystko to się odbywało. Nie zabrakło, rzecz jasna, również i innych atrakcji, związanych min. z miejscowym folklorem, a mianowicie: tyrolskich tańców, tyrolskiego piwa i tyrolskiej kiełbachy. Głowa mogła rozboleć! I to nie wiadomo, od czego bardziej - od "wursta", czy od testów? Bo przecież nie od piwa, wiadomo! :-)

Kiedy rozsądek mówi tak, kiedy rozsądek mówi nie!

Macie jakieś pomysły na zimę? Oczywiście rowerowe, bo znalazło by się kilka pokus na zmarnowanie dorobku całego sezonu, smakujące lepiej niż krople potu wylane na treningach. Jak uniknąć wiosennego "samoprzeniesienia" się opony z felgi wprost na brzuch? Jak zjeść świąteczne ciasteczko, i je zachować, zachowując też masę? Co robić w długie zimowe wieczory, kiedy najbardziej adekwatna do sytuacji wydaje się wiśnióweczka, względnie grzaniec galicyjski, a w planach na przyszły sezon mamy dalsze jazdy, niż do pracy? Kopać się w śniegu? Brawo! Trzeszczeć na trenażerze nad głowami sąsiadów, czy w garażu? Zacnie! Pływać, biegać na nartach, ślizgać na łyżwach? Nieźle! Pakować na siłowni mięcho w udach, uginając się pod sztangą? Uuu, nie doceniałem inwencji! Polska leży w klimacie umiarkowanym, co oznacza, że zimą bywa u nas umiarkowanie przyjemnie. Ale za minister (ministrą, ministrzycą, czy jakoś tam) Bieńkowską należy powtórzyć oczywistą prawdę: "sorry, ale taki mamy klimat!". Bogatsi o tę wiedzę, i pogodzeni z zamarzającymi w pociągach PKP oknami i klozetami, nie możemy dopuścić, by nas spotkał podobny los. Jak mantrę powtarzamy, by zimą za wszelką cenę zachować aktywność fizyczną. Doradzaliśmy ostatnio jak się ubierać na rower, kiedy temperatura znacznie spada, teraz doradzamy, by w całej tej zabawie zachować po prostu zdrowy rozsądek, i... tyle! O odżywianiu i ogólnej higienie życia, które są niezbędne do zachowania zdrowia i odpowiedniej kondycji, można poczytać sobie na tysiącach stron poświęconych tej dziedzinie. Autor tegoż artykułu nie jest w tym specjalistą, i nie jeden rondel sam wyskoczył przez okno na jego widok, bojąc się spalenia. Natomiast w kwestiach mentalnych zawiłości kolarskiej duszy, jak najbardziej - lata doświadczeń uprawniają go, by zabrać głos. Słuchajmy zatem, co ma nam do powiedzenia... nie, nie autor, tylko nasz organizm. Wewnętrzny leń zawsze znajdzie wystarczająco dużo powodów, by nas zwieść na manowce i zostawić w domu. A to za zimno, a to pada, a to nie pada, ale wieje, a to nie wieje, nie pada, ale ciemno, a to znów jasno, ale bidon wcięło, a na trenażer wlazł pająk, i w ogóle bluetooth nie działa, na siłce grypa, w basenie bakterie coli, no tragedia! Pewnie, że są warunki, w których nawet ważny trening nie ma sensu. Przy minus dwudziestu też damy radę, tylko pytanie: po co?! Stawiamy sobie cele, które mają nas motywować i spowodować poczucie satysfakcji. I tu ważna rzecz: rozsądek nie ma nic wspólnego z osiąganiem celu za wszelką cenę, co nie znaczy, że staje nam na drodze do jego osiągnięcia. Wręcz przeciwnie, może uchronić nas przed niepotrzebną kontuzją, czy chorobą, które wspólnie położą na łopatki całe nasze przyszłoroczne plany. Elastycznie dawkować zajęcia, myśleć nad zamiennikami treningu, w razie czego potańczyć z koleżanką, tylko się nie rozpędzić i nie wrócić o czwartej rano. Nie dopuścić, byśmy stali się zakładnikami swojej sportowej pasji, ale i pilnować wewnętrznego lenia, by odpowiednio wcześnie rozpoznać pod jaką maską się ostatnio ukrywa. Nie ma uniwersalnej recepty na zmagania się ze swoimi słabościami. Każdy ma swojego diabła, i swojego anioła. Trzeba nauczyć się ich słuchać. Ten sam diabeł raz nam podpowie, by jechać rowerem w śnieżną zawieruchę, a w ładny dzień włączy nam tryb lenia, przyniesie piwo z lodówki, i każe leżeć na kanapie. Piwo? To chyba anioł, ktoś powie. Mniejsza z tym, na pewno nie żona, i nie w niedzielę o dziesiątej rano. W każdym razie, nawet jeśli organizm optuje za piwem, w tej sytuacji posłuchajmy jednak rozsądku. Rozsądek też lubi piwo, ale jest bardziej ogarnięty, i rano nie pije. Podsumowując: nie bierzmy przykładu z tatrzańskich niedźwiedzi, które śpią do wiosny. One wprawdzie chudną, ale przecież nie od piwa i frytek. Postawmy sobie jakiś cel, np. przejadę osiem tysięcy kilometrów, czy schudnę (przytyję?) cztery kilogramy, itp. Dążmy do niego konsekwentnie. Ale, jak w tytule: z rozsądkiem!

Polska na rowery!

W Finlandii chcą dopłacać do zakupu roweru (na razie elektrycznego). W Szwecji i Norwegii już dopłacają. W Wiedniu 10 lat temu obowiązywał podobny program - za oddany stary rower urzędnicy dopłacali do nowego 70 euro. A w Polsce? Odpowiedzią mogą być np. działania samorządowców. Polegają one zasadniczo na tworzeniu sieci wypożyczalni. O rowerowej infrastrukturze nie wspominamy, bo to obowiązek na całym świecie. Warszawa ma na tę chwilę ponad 4500 rowerów w takim systemie, a z wypożyczeń wraca ok. 30 procent kwot wydatkowanych na ten cel. Może byłoby lepiej, gdyby pierwsze 20 minut wypożyczenia nie było za darmo. Z drugiej strony przyczynia się to do odkrywania w niejednej duszy żyłki sprintera, bo kiedy kończy się czas trzeba rowerem solidnie przyspieszyć, żeby zdążyć do najbliższej stacji dokującej. W sumie fajny widok, kiedy studentka z jęzorem na brodzie dusi szpilą w pedały i potrąca stateczne babcie na chodniku. Rzecz ma się podobnie w innych polskich miastach. Zbliżony system obowiązuje w Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi, Szczecinie, Lublinie. Może to krok w dobrym kierunku, ale od strony ekonomii temat może być wątpliwy. Np. w Poznaniu kwota wydatkowana na funkcjonowanie projektu podzielona przez liczbę rowerów (w 2016 było ich 700) wyniosła 7400 złotych. Dużo. We Wrocławiu na jeden rower kwota ta wyniosła 2500 złotych, a w Łodzi 5500. Jednak najlepszy jest Lublin. Tu w przeliczeniu na jeden rower wychodzi, że miasto zapłaciło za niego ponad 12 000 złotych! Ludzie, za takie pieniądze w naszym sklepie moglibyśmy odszykować taki pojazd, że niejeden z naszych klientów załapałby się do czołówki Tour de Pologne! Trudno się z tym pogodzić, bo to w końcu przecież nasze wspólne pieniądze. Może w takim razie trzeba poszukać dodatkowych, lub całkiem innych rozwiązań. Istnieją dane, że na dojazdach rowerem do pracy gospodarka zyskuje srednio 21 dolarów. Ludzie korzystający z tej formy docierania do pracy ogólnie są zdrowsi, rzadziej korzystają ze zwolnień lekarskich, pracują wydajniej, więcej jest w nich optymizmu i chęci do życia. I nawet w Polsce istnieją już firmy, które rozumieją istotę zagadnienia. Infrastruktura to jedno, ale zmiana przyzwyczajeń to drugie. Człowiek woli być nagradzany za swoją aktywność, a motyw finansowy to najlepsza marchewka świata. Wobec tego pracodawcy są skłonni dopłacać do tego typu zachowań pracownika. Na naszym krajowym podwórku świetnym przykładem może być pewna sopocka firma, która dopłaca swoim pracownikom za rowerowe dojazdy już od kilku lat, i jest to złotówka za kilometr! Tak na marginesie, czy nie rodzi się u niektórych z nich pokusa, by dojeżdżać do Sopotu przez Berlin? Kolejny przykład, też z Pomorza, to Urząd Marszałkowski w Gdańsku. Tu od czerwca tego roku ruszył program pilotażowy, przewidujący dopłaty dla urzędników decydujących się dojeżdżać do pracy rowerem, w wysokości 70 zł miesięcznie. Warunkiem jest zadeklarowanie 15 takich przyjazdów miesięcznie. Oczywiście, jak we wszystkim, odstajemy pod tym względem od regulacji zachodnich krajów. Jeden nasz Sopot tego nie zmieni. I tak szwedzka IKEA rozdaje np. swoim pracownikom rowery za darmo. Takie najprawdziwsze, nie drewniane jak to u nich w sklepach, i nie z szafką na buty i kloszem na bagażniku. Francuzi zaś jednym z ministerialnych rozporządzeń wprowadzili w tym roku plan velo, dotyczący na razie 20 firm państwowych. Pracownicy „zrowerowani” otrzymują od państwa 25 eurocentów za kilometr dojazdu do swojego zakładu. Holendrzy płacą swoim obywatelom 15 eurocentów, Belgowie 20 eurocentów, Anglicy 20 pensów za milę. Nic, tylko jeżdzić, cieszyć się zdrowiem i liczyć euro na kolejne wakacje. Ale okazuje się, że jednak nie! Mimo takich udogodnień nasi zachodni sąsiedzi bardzo powoli przyzwyczajają swoje cztery litery do siodełek, i ich wskażniki dojazdów pracowniczych do firm ledwo osiągają kilka procent w poszczególnych krajach. U Anglików to już w ogóle żenada: 0,24 procenta! Czyli z tą Polską jednak nie jest jeszcze tak źle, bo nie dość, że w większości bez żadnych profitów, mieścimy się spokojnie w średniej europejskiej. Robione u nas parę lat temu badania wykazały jeszcze, że 70 proc. Polaków jeździ rowerem, a aż 23 proc. robi to przez cały rok! Większość jednak na wsi, co wzmaga we mnie podejrzenie, że statystyka może dotyczyć wielu panów dojeżdżających czasem do sklepu rowerem na przemian z kombajnem w celach spożywczych. Obym się mylił. Tymczasem w Polsce sprzedaje się ponad milion rowerów rocznie i liczba ta od kilku lat stale rośnie. Miejmy nadzieję, że wszystkie te liczby przełożą się w przyszlości na kolejne statystyki i doczekamy się wreszcie zdrowiejącego społeczeństwa, a nie kolejnych pokoleń beneficjentów ZUS-u. Jak widać bowiem, mniejsze znaczenie ma system wspierania społeczeństwa od tego, w jaki sposób my sami podchodzimy do pewnych rzeczy. Nie oglądajmy się w takim razie na „urzędasów” - Polska na rowery!

A gdy już się zdarzy...

Jesień już chyba nie na żarty. Właśnie zmieniamy czas, ciemności zaczynają ogarniać nas na dłużej. Może być nawet tak, że słońca podczas jazdy nie zobaczymy do samej wiosny! Gorzej jednak, gdy w pewnych określonych okolicznościach, zamiast słońca nad horyzontem ukaże nam się patrol drogówki i zechce nam podnieść ciśnienie (niekoniecznie w oponach). Za jazdę bez uprawnień mogliby wypisać nam 100 zł, gdybyśmy nie byli dorośli. Próba udowodnienia im tego sączonym przez nas alkoholem tylko pogorszy sprawę, bowiem widełki znacznie wzrosną: jazda po „spożyciu” – 300-500 zł. Jeśli pobraliby z nas nieco bardziej wzbogacone powietrze – pow. 0,5 promila – to po nas! Stwierdzą stan nietrzeźwości i wycenią na 500 zł. No, ale my jesteśmy na szczęście odpowiedzialni i będą musieli poszukać czegoś innego. Zatem poszukają, poszukają i znajdą! Brak odblasku z tyłu, dzwonka, światła z przodu, hamulca, czyli ogólnie brak wymaganego wyposażenia. Piszemy mandacik: 50 do 200 zł. Mimo ciemności, ich czujne oczy mogą też dostrzec przewożone przez nas chyłkiem dziecko do lat 7, pozbawione dodatkowego siodełka. Biada nam, bo to znów 50 zł. Zresztą ta kwota to jakaś radosna cyferka, bo powtarza się jeszcze kilka razy:

  • nieustąpienie pieszym na drodze dla rowerów i pieszych,

  • jazda poza drogą dla rowerów lub wyznaczonym pasem dla rowerów, jeśli taki jest w kierunku jazdy kierowcy,

  • nie trzymanie przynajmniej jednej ręki na kierownicy,

  • nie trzymanie nóg na pedałach,

  • jazda po chodniku (tu są jednak wyjątki).

Jeśli policjanci stwierdzą jeszcze, że gadaliśmy podczas jazdy, trzymając komórkę w ręce, albo że jechaliśmy obok innego roweru i utrudnialiśmy tym samym ruch na drodze... w obu przypadkach pozbawią nas 200 zł. Gdyby nam w tak trudnym momencie przyszła do głowy desperacka myśl o ucieczce i chcielibyśmy uczepić się ratunkowo innego przejeżdżającego pojazdu, by oddalić się szybciej – dopadną nas niechybnie, wlepiając za ten pomysł kolejne 100 zł. Podobna kwota grozi nam, gdy pomkniemy wzdłuż przejścia dla pieszych. Nasza mandatowa gehenna wciąż może niestety nie mieć końca w przypadku, kiedy wcześniej przytrafiło nam się wyprzedzanie na zakręcie. To już prawdziwa katastrofa – 300 zł! Jeśli dodać do tego wszystkiego, że za zwykłe zatrzymanie się lub zwalnianie podczas jazdy rowerem bez uzasadnionej zdaniem obserwatorów przyczyny dopiszą nam 100 zł ekstra – to można się naprawdę szczerze zafrasować! W takiej sytuacji już chyba tylko pozostaje rzucić całą tę pasję do kolarstwa, rąbnąć rowerem o pobocze i tak go zostawić. Otóż nie! To chyba najgorsza rzecz, jaką możemy w tym momencie zrobić!  Bowiem i tu na nas czyhają. Pozostawienie roweru w zabronionym miejscu – do 111 zł opłaty za usunięcie roweru i dodatkowo 18 zł za każdą dobę przechowywania na policyjnym parkingu! Słowem, ani jeździć, ani stać. Wobec tego, jak żyć, Drogi Cyklisto? Wybór należy do Ciebie!

 

METR PIĘĆDZIESIĄT

Od kilku lat - a ostatnio za sprawą Stowarzyszenia Zdrowy Rower coraz częściej - pojawia się temat rozgrzewający czasem do białości tak cyklistów jak i kierowców: wyprzedzanie roweru na drodze. Akcja pod tytułem "1,50 metra dla rowerzysty" ma na celu uświadomienie wszystkim użytkownikom polskich dróg, że przejazd samochodu próbującego lusterkiem strącić muchę z kolarskiego łokcia stanowi ogromne zagrożenie. Z pewnością każdy z odwiedzających czasem tę stronę, nie raz i nie dwa, jadąc rowerem został pociągnięty w stronę za szybko i zbyt blisko przejeżdżającego samochodu. Inicjatywa przeprowadzenia kampanii społecznej wydaje się więc być strzałem w dziesiątkę. Niestety, moim zdaniem, zanim ta inicjatywa dotrze do naszych kierowców,  w Wiśle z pewnością upłynie wiele wody. Tymczasem o zachowaniach ich kolegów choćby z Włoch, Holandii, czy Danii możemy sobie na razie raczej tylko pomarzyć. Tam od dawna rowerzysta może czuć się bezpiecznie i komfortowo. Skutecznego rozwiązania powyższego problemu w naszych warunkach spodziewałbym się więc raczej ze strony nowinek technicznych, a nie rozwiązań prawnych. Bo co nam daje obecnie obowiązujący w Polsce przepis o wyprzedzaniu roweru w odległości 1 metra? Przecież ta odległość w zupełności by wystarczyła, gdyby jej po prostu bezwzględnie przestrzegano! Warto przyjrzeć się zatem alternatywnym rozwiązaniom, już testowanym za granicą, konkretnie w Stanach Zjednoczonych i Anglii. Amerykanie postawili na ultradźwiękowy skaner odległości o nazwie C3FT montowany na kokpicie dwuśladu, z opcją współpracy z kamerą Go-Pro. Ciekawy pomysł. Jednakże informacja o  niebezpiecznym zdarzeniu dociera w tym przypadku jedynie do rowerzysty. Żeby kierowca samochodu został ukarany, musimy niestety pofatygować się do najbliższego komisariatu. Nie wiem jak w Stanach, ale w polskich warunkach podobne urządzenie może się okazać bronią obosieczną. Zdarzył się przecież nie tak dawno temu niezrozumiały, czy wręcz kuriozalny przypadek, gdy polski sąd ukarał rowerzystę dokumentującego kamerką szaleńczą jazdę kierowcy samochodu osobowego. Policja po analizie filmu złożyła wniosek przeciwko... autorowi filmu! Dopatrzono się, że w chwili nagrania jechał zbyt daleko od krawędzi jezdni, czyl dalejj niż przepisowe 75 cm! Żyleciarze, nie ma co! :-) Czy w takim razie może brytyjski eksperyment z zaprzęgnięciem elektroniki w służbę  ochrony cyklistów moę okazać się bardziej praktyczny? Cycle Alert - bo tak brzmi nazwa tego konkretnego gadżetu - również mierzy odległość pomiędzy pojazdami, tyle, że to kierowca samochodu (głównie chodzi o autobusy i ciężarówki) zostanie ostrzeżony o zagrożeniu kolizją. Rowerzysta jest wyposażony jedynie w specjalny chip nadawczy mocowany np. do kasku, plecaka, siodełka, itp. Obecnie ta metoda poprawy bezpieczeństwa w ruchu rowerowym z powodzeniem testowana jest w Londynie, gdzie rozdano rowerzystom już kilka tysięcy elektronicznych chipów, a coraz więcej pojazdów samochodowych (szczególnie municypalnych) jest wyposażana w system ich wykrywania. Moim zdaniem właśnie to rozwiązanie warte jest zaimplementowania w polskich warunkach. 1.50 metra - oczywiście tak! Ale znając mentalność kierowców i tendencję spadkową w kulturze jazdy na naszych drogach nie liczę specjalnie na cud przebudzenia i dostosowanie się do najsłuszniejszych nawet postulatów. Z drugiej strony: czy taki umowny pan Dresik w swojej podrasowanej "beemce" usłyszy brzęczyk urządzenia ostrzegającego, gdy w tle rozlega się rozkręcony na full zespół "Bayer Full", czy inny "Akcent"? Wątpię! Zatem wspierajmy wszyscy naszą rodzimą akcję promującą bezpieczne zachowania na drodze, pozostając w nadzieii, że polscy disco-polowcy dołączą do tej kampanii, i napiszą jakiś przebój, gdzie "te oczy, te oczy zielone" będą skupione również na innych uczestnikach ruchu,  jakimi jesteśmy my - rowerzyści! Panie Zenku: do dzieła!